Web 3 – raczkująca rewolucja czy marketingowa mrzonka?

Maciej Olanicki , 13.12.2018 r.
future

Piętnaście lat minęło od czasu, gdy w w kontekście rozwoju Internetu zaczęło się mówić o Web 2.0. Wizja nowej Sieci, opartej przede wszystkim na masowej aktywności samych internautów, rozbudowie blogsfery i serwisów społecznościowych, ziściła się ze wszystkimi zaletami, ale też błędami i wypaczeniami.

Web 2.0++

Półtora dekady później zaczyna się przebąkiwać o Web 3 – podobnie jak kiedyś, najgłośniej wypowiadają się na ten temat wszelkiej maści marketingowcy, upatrujący w tym wciąż w większości pustym haśle okazję do sformułowania argumentu sprzedażowego. Ile faktycznych przygotowań technicznych i merytorycznych jest w tej chwili w Web 3? Odpowiedź na to pytanie spróbowali sformułować twórcy przeglądarki Opera w wersji mobilnej, przeznaczonej na Androida.

Niewiele przeglądarek internetowych ma tak burzliwą i zarazem ciekawą historię jak Opera. Program niegdyś płatny, w darmowej wersji wyświetlający reklamy, przodował pod względem innowacji i konfigurowalności. To właśnie w Operze po raz pierwszy pojawiło się między innymi przeglądanie w kartach, które jest dziś standardem. Później Opera poszła drogą, którą niedawno obrał Microsoft – porzucono autorski silnik i napisano ją w zasadzie od nowa bazując na Chromium. Dla wielu użytkowników był to ostateczny koniec, gdyż Opera zatraciła wówczas lwią część swojej funkcjonalności. Od kilkudziesięciu miesięcy możemy jednak zaobserwować, że Opera odrabia straty i staje się wśród przeglądarek opartych na Chromium więcej niż rozsądną propozycją.

Co nowego w praktyce?

Równolegle Opera inwestowała sporo w rozwój przeglądarek mobilnych – w schyłkowym okresie ery przedsmartfonowej była zdecydowanie najlepszą przeglądarką internetową na zaawansowane featurephone’y. Wszystko zmienił Chrome, który szybko stał się liderem na smartfonach. Opera nie daje jednak za wygraną i wciąż rozwija nie jedną, ale trzy przeglądarki na Androida – Operę, Operę Mini i najnowszą Operę Touch. To właśnie główne wydanie, przynajmniej według przekonywań samego producenta, ma stanowić pierwszy, lecz zdecydowany krok w kierunku Web 3. Co takiego wymyślono we wrocławskim biurze Opera Software?

W przeglądarkę wszyto programowy portfel na kryptowalutę Ethereum. W kontekście tak szumnych zapowiedzi zmiana wydaje się zatem mało spektakularna. W komunikatach przebąkuje się jeszcze o blockchain i decentralizacji strategicznej dla istnienia Internetu infrastruktury – tak, by nikt nie był w stanie zagrozić jego przetrwaniu. W praktyce jednak dodano wspomniany portfel na kryptowalutę oraz udostępniono sklep z Dapps (decentralized apps) – aplikacjami w ten lub inny sposób faktycznie wykorzystującymi dane w zdecentralizowanych łańcuchach blokowych. Przykład takiej Dapps to CryptoKitties – rodzaj dystrybuowanej przez blockchain Ethereum gry przypominającej Tamagotchi. Trzeba zatem polegać na zapewnianiach producenta, że właśnie mamy do czynienia z pierwszym krokiem do rewolucji.

HTC przetarło ścieżkę

Warto zwrócić uwagę, że Opera nie jest pierwszą poważną firmą (mniej poważne robią to nagminnie), która w komunikacji posługuje się słowami mniej lub bardziej wypranymi ze znaczeń – w ostatnim czasie najbardziej jaskrawym przykładem dokładnie takiej samej praktyki było HTC. Tajwański producent ma zresztą równie ciekawą historię jak Operę – wszak to HTC wyprodukowało pierwszego smartfona z Androidem, następnie było w absolutnej czołówce, zdominowało klasę premium. Teraz jednak HTC jest swoim cieniem, czego dowodzi ostatnia głośna premiera – HTC U12 Plus. W kampanię reklamową zaangażowano Mateusza Grzesiaka (co zostało na ogół przyjęte chłodno), zaś w materiałach reklamowych roiło się od zapewnień, że to pierwszy smartfon z blockchain. W praktyce oznaczało to, że na U12 Plus preinstalowano między innymi... znaną nam już grę CryptoKitties.

W tej chwili trudno odnosić się do Web 3 inaczej niż do kolejnego buzzworda – chwytliwego słowa-klucza, bez większego pokrycia w technice. To jednak stan na dziś i w przyszłości zapewne się to zmieni. W ciągu ostatnich lat namnożyło się jednak sporo buzzwordów, na czele z nagminnie stosowaną w ostatnim czasie sztuczną inteligencją. Zasadność stosowania tego terminu najlepiej podsumowuje krążący w Sieci mem: jeśli mamy do czynienia z głębokim uczeniem czy też uczeniem maszynowym, to z reguły zostało to napisane w Pythonie. Jeżeli zaś mamy do czynienia ze sztuczną inteligencją, to prawie na pewno napisano ją w PowerPoincie.

Najnowsze oferty pracy:

Polecane wpisy na blogu IT: