Nowy chromopodobny Edge – wielki triumf Open Source czy narodziny monstrum?

Maciej Olanicki , 10.12.2018 r.
Surface

Kolejny grudniowy tydzień rozpoczynamy od retrospekcji, ale także futurologii. Najgorętsza wiadomość ostatnich dni w szeroko pojętym IT to zdecydowanie decyzja, jaką podjął Microsoft odnośnie rozwoju przeglądarki Edge. Porzucenie autorskiego silnika EdgeHTML i migracja na znany z Chromium duet V8/Blink zostało na ogół przyjęte z entuzjazmem – wszak z domyślną przeglądarką Windowsa bliżej niesprecyzowane „coś” zacznie się dziać. Czy jednak entuzjazm jest uzasadniony? A może cała sprawa, podobnie jak dziś Edge na rynku przeglądarek, ma znaczenie marginalne?

Ani Open, ani Source

Na początek warto podsumować to, co właściwie się wydarzyło. Microsoft, po wcześniejszych przeciekach, decyduje się na potwierdzenie śmierci EdgeHTML i migracji na silniki znane z Chromium. Robi to w sposób otwarty, komunikuje się na korporacyjnych blogach, wiedząc, że media podchwycą ją i nagłośnią. A przecież kwestia tego, z jakiego silnika korzysta Edge dla przeciętnego zjadacza chleba jest całkowicie drugorzędna – równie dobrze wieść mogłaby się roznieść wśród garści ekspertów, entuzjastów, poweruserów i deweloperów specjalizujących się we front-endzie. Tak się jednak nie stało – korporacja zagrała w otwarte karty, zareagowała zaledwie kilkadziesiąt godzin po przeciekach. Trzeba przyznać, że to nie w stylu Microsoftu, który przez wiele lat w komunikacji milczał tak długo, jak to możliwe – przykładem niech będzie fakt, że wciąż oficjalnie nie uśmiercono mobilnego Windowsa.

To, w połączeniu z udostępnianiem kodu źródłowego kolejnych narzędzi czy przyjęciu bardziej wolnościowej polityki patentowej, kreuje wizerunek nowego Microsoftu – korporacji, która ma na względzie dobro społeczności i idei Open Source. Rzecz w tym, że w świat przeglądarek bazujących na Chromium ma z Open Source, delikatnie mówiąc, niewiele wspólnego. Wystarczy spojrzeć na najlepsze dziś przeglądarki z Blink/V8 – Chrome’a, Operę i Vivaldiego – by zdać sobie sprawę, że żadna z nie udostępnia swoich źródeł. Owszem, Google przeznacza na rozwój Chromium spore pieniądze, ale przecież nie robi tego z czystości serca – jest wszak głównym beneficjentem pracy społeczności. Niestety, mimo entuzjazmu społeczności nie sposób mieć wątpliwości, że nowy Edge pójdzie to samą drogą. Microsoft, najwyżej wyceniania firma na świecie, weźmie efekty wielu lat pracy społeczności, obuduje własnym interfejsem i nie udostępni kodu. To nie Open Source, to pasożytnictwo.

Zaciekła konkurencja we wspólnocie Chromium

Warto zwrócić uwagę, że także wewnątrz grupy przeglądarek chromopodobnych nie ma mowy o współpracy czy wspólnym rozwijaniu produktu. Wręcz przeciwnie, jest zacięta konkurencja, nierzadko z użyciem ciosów poniżej pasa. Nie każdy wie na przykład, że jedna z najlepszych przeglądarek ostatnich miesięcy, Vivaldi, ma problem z Google Analytics. I to dość poważny – w najważniejszym internetowym narzędziu analitycznym przeglądarka rozwijana przez Jona von Tetzchnera zwyczajnie nie istnieje. Jest to rezultatem szkodliwych działań ze strony Google – korporacja nie uznaje oddzielnego user-agenta przeglądarki Vivaldi, przez co jej użytkownicy identyfikowani są jako użytkownicy Chrome’a. Dla Google to optymalne rozwiązanie – nowy gracz nie stanowi w statystykach konkurencji, lecz zasila popularność Chrome’a. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o cukierkową wizję opensource'owego braterstwa pomiędzy producentami oprogramowania bazującego na Chromium.

W opozycji do ogólnego hurraoptymizmu stoi, jak zawsze zresztą, Mozilla – fundacja wojująca. Stanowisku, według którego migracja z EdgeHTML na Blink/V8 to kolejny krok w stronę zabetonowania na rynku hegemonii monopolisty, trudno zarzucić merytoryczne błędy. Dochodzimy bowiem do ściany, gdzie jednym graczem wśród dużych przeglądarek, który wykorzystuje własny (ostatnio prężnie rozwijający się) silnik jest Firefox właśnie. A ten lata świetności ma już zdecydowanie za sobą i jego popularność malej z miesiąca na miesiąc i dziś, według danych NetMarketShare, oscyluje wokół 10% udziałów w rynku. A to z kolei prowadzi do monopolu. Co prawda nie płacimy za przeglądarki, więc ekonomiczny rezultat w postaci starty dobrobytu, przynajmniej dosłownie, nam nie grozi. Z czasem jednak rozwój Chrome’a może zwolnić, a jedna z najprężniej rozwijających przeglądarek zamieni się w skostniałego dinozaura. A to już prosta droga do powtórki z wątpliwej rozrywki, jaką mieliśmy z Internet Explorerem 6.

Edge – czy ma szansę wyrwać się z niszy?

To jednak konsekwencje długofalowe. Na całą sprawę można rzucić światło pod jeszcze innym kątem – nie sposób przecież pominąć, że Edge to w gruncie rzeczy program na wskroś niszowy. Ot, kolejna przeglądarka Microsoftu służąca wyłącznie do pobierania innych przeglądarek po świeżej instalacji systemu. I w zasadzie nie sposób przedstawić wiarygodnych przesłanek, które miały być ten stan rzeczy zmienić. Naprawdę zmiana silnika miałaby nagle wpłynąć na wybór przeciętnego zjadacza chleba i spowodować nagły wybuch zainteresowania domyślną przeglądarką Windowsa? Paradoksalnie być może Internet Explorer 6 uchroni nas przed monopolem. To dzięki jego złej sławie z Edge’a korzysta dziś według NMS nieco ponad 4% internatów. Niezależnie od tego, czy będzie on korzystał z EdgeHTML, Blink/V8 czy Gecko/Servo – dla przeciętnego użytkownika, a to jego względy toczy się walka, kwestia silnika renderowania i JS nie ma żadnego znaczenia.

Najnowsze oferty pracy:

Polecane wpisy na blogu IT: