„Inteligentny” sprzęt na CES pokazuje, jak bardzo zagalopowaliśmy się z chmurą

Maciej Olanicki , 14.01.2019 r.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że z roku na rok targi sprzętowe, nawet te największe, odgrywają w branży coraz mniej istotną rolę. MWC to najczęściej wysyp kolejnych nudnych, niewiele różniących się między sobą smartfonów, zaś CES przeobraził się w wystawę „inteligentnego” (według producentów) RTV i AGD.

ces fot. Consumer Electronics Show

Gdzie się podziało P2P?

Inteligencja ta, często całkowicie na wyrost określana mianem sztucznej inteligencji, opiera się zazwyczaj na podłączeniu urządzenia do Internetu i obsługiwania go za pomocą oprogramowania zainstalowanego na smartfonie. A skoro do Internetu, to oczywiście nikt już nie rozpatruje scenariusza P2P – absolutnie niezbędna, by dowiedzieć się, jaka temperatura panuje aktualnie w mojej lodówce jest skalowalna infrastruktura dostarczana jako usługa przez Amazon lub Microsoft. To oczywiście ironia, niemniej spora część urządzeń zaprezentowanych podczas tegorocznego CES-a pokazała, że z chmurą zagalopowaliśmy się stanowczo za daleko.

Oczywiście należy zachować zdrowy rozsądek – istnieją urządzenia i usługi, w którym IaaS jest niezbędne. Nie sposób wyobrazić sobie, aby na niewielkiej płytce logiki działającej w „inteligentnych” głośnikach Amazon upchnął cały silnik przetwarzania tekstu na mowę, mowy na tekst, API i klienty wywoływanych przez polecenia głosowe usług. Równie mało atrakcyjne wydaje się zarządzanie automatyką domową tylko w zasięgu Wi-Fi czy Bluetooth. Ale czy naprawdę potrzebujemy, aby z zewnętrzną infrastrukturą wynajmowaną producentowi łączyła się na przykład… klawiatura?

Chmury, dziury i koparki kryptowaluty

Niepokojący przykład takiego urządzenia przytacza Chris Duckket z redakcji ZDNet – mowa o zaprezentowanej przez Razera rodzinie urządzeń peryferyjnych, które w wąskim zakresie (np. zmiana koloru podświetlenia klawiatury) można obsługiwać z wykorzystaniem wspomnianych już silników przetwarzania mowy na tekst Amazonu. Równolegle Razer uruchomił własną koparkę kryptowalut Cortex i zaoferował użytkownikom jej instalację w zamian za drobne korzyści.

Wisienką na torcie jest znalezisko opublikowane w ramach Google Project Zero – w oprogramowaniu Razera działała instancja Chromium Embedded Framework, którą witryny odwiedzane przez użytkownika mogły wykorzystać do zdalnego wykonania kodu. Co prawda Razer opublikował łatkę w ciągu mniej niż doby od publikacji, ale niesmak pozostaje. Koparki kryptowalut, podłączanie klawiatur do chmury oraz dostarczane ze sprzętem oprogramowania, które pozwala zdalnie przejęć całkowitą kontrolę nad maszyną – oto, jak podsumować można „inteligentne” sprzęty.

Być może najbardziej pesymistycznie nastraja fakt, że problem – jakby to ujęto w leksyce korporacyjnej – „skaluje się”. Jedna klawiatura pozwalająca przejąć kontrolę nad jednym komputerem jest niczym w porównaniu z jednym biletomatem pozwalającym przejąć kontrolę nad miejską infrastrukturą transportu zbiorowego. A z takimi wyzwaniami borykamy się już dziś. Wśród zaprezentowanych na CES-ie nowości bardzo często wspominano o chmurowej infrastrukturze miejskiej, nazywanej najczęściej „smart city”. W ten sposób dochodzimy do warunków, w którym chmurowe szaleństwo szczególnie się rozpasało – do Internetu Rzeczy.

Internet Rzeczy – zapomniana autonomiczność

Każdy kto od początku śledzi rozwój IoT widzi, jakim wypaczeniom uległy początkowe założenia. Pod koniec 2015 roku miałem okazję gościć na poświęconym między innymi Internetowi Rzeczy szczycie organizowanym przez OVH w paryskich dokach. OVH w IoT zainwestowało wiele, zarówno w infrastrukturę, jak i urządzenia produkowane wówczas przez Sigfox. Mowa przede wszystkim o zastosowaniach przemysłowych wdrażanych na ogromną skalę, ale nie tylko. Najważniejsze jednak, że zaledwie trzy lata temu podczas OVH Summit o Internecie Rzeczy mówiło się w dużej mierze w kategoriach systemów autonomicznych, które do skutecznego działania w ogóle nie będą potrzebowały ludzkiej ingerencji.

W celu porównania aktualnego stanu rzeczy z tymi pierwotnymi założeniami wróćmy do przykładu automatyki domowej. Jak wspomniałem, mało atrakcyjne wydaje się dziś zarządzanie automatyką domową tylko w zasięgu Wi-Fi czy Bluetooth. Rzecz w tym, że jeszcze kilka lat temu niewiele mówiło się o jakimkolwiek zarządzaniu. Dyskusje toczyły się raczej na temat rozproszonych, ale działających lokalnie, systemów urządzeń, które miały odciążać ludzi. Stało się jednak zupełnie inaczej, czego dowodzi nasza nieszczęsna klawiatura. Skoro boimy się oddania pełnej autonomii maszynie, to musimy mieć kontrolę nad wszystkim z każdego miejsca. A w takim scenariuszu bez chmury ani rusz.

Tylko gdzie w tym wszystkim futurystyczna i szczytna idea domowego Internetu Rzeczy, który miał nas odciążać i pozwalać się skupiać na tym, co ważne, a nie bombardować powiadomieniami?

Najnowsze oferty pracy:

Polecane wpisy na blogu IT: